Nasze początki (część 1)

przez Magda
0 komentarz

W czerwcu 2015 roku pobraliśmy się i już wtedy wiedzieliśmy, że decyzji o posiadaniu dziecka nie chcemy odkładać na potem. Zaczęliśmy więc nasze starania o powiększenie rodziny mimo, że zawodowo nie osiągnęliśmy szczytów, a nasze mieszkanko to nie dom marzeń. W lutym 2016 roku test ciążowy pokazał dwie kreski, bardzo się ucieszyliśmy ale ja poczułam też coś innego… strach. Uświadomiłam sobie, że będę jedną z najważniejszych osób w życiu naszej fasolki. Poczułam ogromne wątpliwości czy poradzę sobie w nowej roli i podołam stawianym sobie celom. Wiedziałam, że przed nami 9 miesięcy na oswojenie się  i przygotowanie do przyjścia na świat naszego upragnionego dzieciątka. Lekarz w 8 tygodniu potwierdził ciąże i określił wstępnie termin porodu na 17 października 2016 roku. Od tego momentu przeszłam także na zwolnienie lekarskie ze względu na charakter pracy w przedszkolu (choroby, które mogłyby zagrozić naszej fasolce). Moja ciąża była książkowa, żadnych uciążliwych dolegliwości związanych z wczesną ciążą (no może oprócz nadwrażliwości na zapach perfumu mojego męża). Czułam się wspaniale zarówno psychicznie jak i fizycznie. Tak, jadłam słodycze (uwielbiałam kwaśne żelki) ale wszystko z umiarem + ruch na świeżym powietrzu i duuużo spacerów no i ostatecznie przytyłam tylko 10 kg!Tak było do początku września, wtedy już nie było tak kolorowo i nie chodzi mi o ciężar brzuszka i zmęczenie z nim związane. Trafiłam wtedy do szpitala z gorączką i bólem po  prawej stronie brzucha, żadna przyszła mama nie powinna lekceważyć bólu brzucha w ciąży. Spędziłam tak ok 5 dni, a z wypisu dowiedziałam się, że powodem moich dolegliwości była infekcja górnych dróg oddechowych. Co? Przez  całą ciążę nie miałam nawet kataru! No ale ok, byłam szczęśliwa, że wracam do domku. Następnego dnia wróciłam do szpitala z temperaturą oscylującą w granicach 39 stopni C i znowu czekał mnie pobyt w szpitalu… Tym razem lekarz autentycznie się zaniepokoił moim szybkim powrotem, wspomniałam przy przyjęciu, że wieczorami swędzą mnie stopy i dłonie po wewnętrznej strony (zwróciłam na to uwagę dzięki wpisowi jednej z dziewczyn na grupie październikowych mam do której należałam). Powiedziałam to nie sądząc, że może być to objaw choroby ciążowej, która dopadła także moją „idealną” ciążę. Okazało się, że mam cholestazę ciążową co oznaczało, że pobyt w szpitalu jest nieunikniony. Ja i moja anty miłość do szpitali sprawiła, że  po ok tygodniu wypisałam się na własne żądanie, mimo, iż wiedziałam, że ta choroba jest niebezpieczna zarówno dla mnie jak i dla naszej nienarodzonej córeczki. Mój lekarz prowadzący znając moją niechęć do szpitali stwierdził, że pobyt tam nie jest konieczny jeśli będę regularnie się badała. Niestety… lekarze w szpitalu byli innego zdania, w środę przyjęli mnie na oddział „z łapanki” (tzn. przyszłam na KTG do szpitala i już tam zostałam) i stwierdzili, że w piątek zaczną mi wywoływać poród! Cooo? Wywoływać? Ale dlaczego? Jak?

[…]

Dalszą część historii, czyli jak wyglądał mój poród „naturalny” opiszę w kolejnym wpisie.

Pozdrawiamy cieplutko w deszczowe popołudnie, Mama i Lila

Podobne

Zostaw komentarz